Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

"W żarowskich ZMO wysoko ich cenią ..."

Drukuj
Utworzono: sobota, 29, kwiecień 2017

Równo miesiąc temu przypomnieliśmy naszym czytelnikom opracowanie z 1985 roku poświęcone historii Żarowskich Zakładów Materiałów Ogniotrwałych, którego autorami byli dr inż. Jurand Bocian (wówczas dyrektor ŻZMO) i dr inż. Justyn Stachurski (główny inżynier ŻZMO w latach 1951-54). Dzisiaj sięgamy po Magazyn Hutniczy – dwutygodnik społeczno-zawodowy Związku Zawodowego Hutników w Polsce (nr 1 [52] ze stycznia 1975 roku). W gazecie tej odnaleźć można ciekawy artykuł autorstwa Andrzeja Żaka zatytułowany "W żarowskich ZMO wysoko ich cenią ...". Po przeszło 40 latach, ten krótki zarys życia osób, które tworzyły straż pożarną w Żarowie oraz przez wiele lat pracowały w tutejszej Szamotowni, wart jest ponownego wspomnienia. Za udostępnienie  gazety Składamy Serdeczne Podziękowania dla pani Ireny !!

 

Posiadacie niepotrzebne starocie (przedmioty, fotografie, dokumenty lub inne rzeczy) ?? Posiadacie wiedzę na temat interesujących miejsc, budowli, a może znacie jakąś ciekawą historię ?? Podzielcie się z nami swoją wiedzą lub starociami z domowych strychów, głębokich szuflad oraz rodzinnych albumów. Wszelkie informacje, skany fotografii i dokumentów możecie przesyłać bez wychodzenia z domu na adres mailowy: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.. Skany bądź fotografie, oględziny wszelkich dokumentów i przedmiotów możemy wykonać również od ręki w Gminnym Centrum Kultury i Sportu w Żarowie przy ul. Piastowskiej 10A. Utrwalmy wspólnie w słowie pisanym oraz wzbogacimy historię Naszej Małej Ojczyzny.

 

 

 

Przejmujące wycie syreny rozcina ciszę zimowej nocy. - Pali się tato, pali – ręka syna potrząsa nim gwałtownie, płosząc resztki snu. W parę sekund później pośpiech plącze nogawice kalesonów i spodni. - Czego się tam guzdrzecie. - To głos ojca, ale już zmieniony, rozkazujący. Po prostu głos dowódcy. Kurtki, pasy, hełmy dopinają już w biegu przynagleni niemilknącym krzykiem syreny. Wreszcie strzelają drzwiczki, warczy motor samochodu. - I tak zawsze niedziela czy święta muszą jechać – mówi pani Anastazja, żona Franciszka Mercholca komendanta Ochotniczej, Miejskiej i Zakładowej Straży Pożarnej w Żarowie. Wiadomo nieszczęście – pomóc trzeba. Jedenastoosobowe grono rodzinne kiwając głowami przytakuje matce. Siedzimy w klubowej salce Żarowskich Zakładów Materiałów Ogniotrwałych. Cała 11-osobowa rodzina, poza matką, to pracownicy tego zakładu. Jeszcze trochę gawędzimy o straży, o tym że również córki, kiedy istniał jeszcze żeński oddział straży, jeździły do pożarów wraz z ojcem, mężami i braćmi, o tym co się tam komuś śmiesznego przydarzyło z potem rozmowa wkracza w inne rodzinno-zawodowe rejony.

Franciszek Mercholc związał się z szamotownią (tak nazywają tu Żarowskie Zakłady Materiałów Ogniotrwałych) przed 28 laty. O tym, że wybór okazał się słuszny świadczy fakt, że mimo bardzo ciężkich warunków pracy na początku, nie porzucił swojego zajęcia, wręcz przeciwnie ściągnął tu swoje dzieci, te z kolei zaś swoich mężów i żony. – Po prostu spodobała mi się ta praca – wspomina Franciszek Mercholc. – Spodobała też okolica. Po wojnie przybyliśmy tu razem z żoną z bydgoskiego. Najpierw pracowałem jako kowal, potem ślusarz. Teraz jako konserwator urządzeń mechanicznych. – Tak jak sięgnąć pamięcią – na początku rzeczywiście nie było łatwo. Ale jak dzieci urosły to się już wszystko ułożyło. Czas nie stoi w miejscu. Jadwiga najstarsza córka pracuje tu już od 1969 roku. Jej mąż Jan Więckowiak jeszcze dłużej – bo prawie piętnaście lat. – Najlepszy z moich zięciów – chwali matka. Poszedł za ojcem nie tylko w ogień (w straży jest sekcyjnym) ale i do roboty. W zakładzie zdobył kwalifikacje i uprawnienia operatora mechanicznych urządzeń transportowych. Oboje z żoną nieźle zarabiają – są zadowoleni. Podobnie jak Bogdanowie. Druga córka Halina, legitymuje się również 5-letnim stażem. Pracuje w Dziale Kontroli Jakości. Swoje poprzednie miejsce w ekspedycji odstąpiła najmłodszej siostrze. Mąż Haliny – Marian Bogdan trafił do szamotowni także przez ożenek i ... przez teścia. Rzecz jasna zostawszy zięciem i współpracownikiem Franciszka Mercholca nie mógł nie wstąpić do rodzinnej, strażackiej załogi. Śmiejemy się no bo jak się nie śmiać, kiedy przegadują się, że nie wiadomo do czego ich najpierw ciągnęło, do córek czy do pożaru. Co by tam jednak nie było, fakt pozostaje faktem, że Marian Bogdan wżenił się również w zakład, w którym od lat 11 zatrudniony jest w transporcie szynowym na stanowisku przetokowego.

 

 

Zauważalnym, stale powracającym motywem naszej rozmowy jest temat awansu i podnoszenia kwalifikacji. – Przychodzili tu bez zawodu, bardzo młodzi. Po kilku zaś latach, dzięki warunkom jakie stworzył im zakład stali się pracownikami o bardzo wysokich kwalifikacjach. Wśród rodzinnego grona największymi osiągnięciami w tym względzie może poszczycić się Jerzy Mercholc. – Zaczynałem jako formierz – mówi o sobie. Potem trochę pracowałem w garażach. Następnie ukończyłem kurs operatorów wreszcie kurs maszynistów lokomotorowych. – To bardzo poszukiwana specjalność – dodaje kierownik działu osobowego Żarowskich Zakładów Materiałów Ogniotrwałych – Władysław Piaseczny. – Z takimi uprawnieniami można również na kolei prowadzić lokomotywy spalinowe. – A co ze strażą ? – Jak to co – odpowiadają chórem – jest kierowcą. Podobnie jak szwagrom 15 lat "stuknęło" mu już w tej służbie. – Grunt to rodzinka – śmieje się jego żona, która do szamotowni pociągnęła za przystojnym kierowcą. Pani Daniela jest pupilką samego komendanta. – Najlepiej się rozumiemy – mruczy pan Franciszek. Z tego rozumienia też wyszło, że wprowadził ją do zakładu, przetarł pierwsze ścieżki. Ale opłaciło się to, bo Daniela chwali teścia i robotę, a kierownictwo ich oboje. – Rodzice zawsze starali się nam pomóc – dodaje Irena Szmigiel. To prawda, że nie mogli nam dać pieniędzy, ale otrzymaliśmy od nich w zamian coś znacznie ważniejszego – samodzielność. – A potem, kiedy opowiada o swojej drodze do zawodu, uśmiechamy się. Bo też trafiła do Zakładów w sposób zgoła nietypowy, przez zazdrość. Pracowała najpierw w handlu jako kelnerka i bufetowa. Narzeczony był jednak zazdrosny, więc musiała zmienić pracę i ... dopiero wtedy się pobrali. Niebawem okazało się, że decyzja była słuszna. Przydał się zakładowy żłobek i przedszkole. Nowy zawód – kierowcy i operatora wózków spalinowych wydaje jej się ciekawszym od poprzedniego. – Nie zamieniłabym go już na żaden inny – mówi z przekonaniem, tym bardziej, że pracuje przecież z siostrami, ojcem. Od siebie dodajmy, że wśród licznych obowiązków domowych i zawodowych Irena Szmigiel znajduje również czas na to, żeby uczestniczyć w pracach komisji socjalno-bytowej tutejszej Rady.

Atmosfera rodzinnych opowieści coraz wyraźniej wciąga. Opowiadają o sobie również najmłodsze córki Mercholców. – Teresa Firlej i jeszcze nie zamężna Bożena. Niezamężna ale tylko do świąt, bo potem ślub i mąż powiększy nie tylko załogę straży pożarnej, ale też Żarowskie Zakłady Materiałów Ogniotrwałych. – Tak jest – Władysław Piaseczny kierownik działu osobowego potwierdza to przytakując głową – Chłopak wraca z wojska i robota na niego czeka. Najmłodsza Mercholcówna pracuje w zakładzie dwa lata. Jej siostra Teresa pięć lat. Bożena jest pracownikiem ekspedycji. Teresa zaś sortowaczem palonych wyrobów gotowych. I oto zamyka nam się krąg rodzinny Mercholców, Bogdanów, Więckowiaków, Szmiglów i Firlejów. Oczywiście można by jeszcze o dzieciach, wnukach gawędzić, ale ... część osób spieszy się już do pracy. Jacy są, jaka była ich droga – mówili sami. A jak widzą ich inni ? Kierownik Władysław Piaseczny: – To grono nie sprawia kłopotu. Są zdyscyplinowani, nie bumelują – ba ! Nawet nie chorują. Słowem, należą do tych, na których przedsiębiorstwo zawsze może liczyć. Również pochlebna jest opinia dyrektora zakładu Władysława Talowskiego: – Są bardzo zaangażowani, ofiarni. Chciał bym to podkreślić, bo zdarza się nierzadko, że w ruchu ciągłym pracować im przychodzi we wszystkie niedziele miesiąca. Na szczęście rodzina to rozumie, kierownictwo zakładu zaś ogromnie to sobie ceni. Cóż można jeszcze dodać – opinię budował ojciec a rodzina nie zawiodła go, potwierdziła niejako kredyt zaufania, którym ją obdarzył. Nie jest to zresztą sprawa przypadkowa lecz wynikająca z panującej w domu atmosfery, szacunku do ludzkiej pracy, wynikająca z wychowania. W wypowiedzi dyrektora wraca raz jeszcze motyw społecznictwa. Kiedy więc mówi o Franciszku Mercholcu, o jego obowiązkach wobec domu, zakładu, straży – zastanawiam się jak znajduje czas jeszcze na to, żeby wyjeżdżać w teren, wygłaszać prelekcje w szkołach, gminnych świetlicach. Gdy go o to pytam głowa rodziny uśmiecha się i wzrusza ramionami: – Przecież ktoś to musi robić prawda ?

 

========================================================

 

 

Franciszek Mercholc – członek Ochotniczej Straży Pożarnej od roku 1936 we wsi Goczałki, pow. Grudziądz. Od roku 1947 roku zamieszkały w Krukowie. Jeden z założycieli OSP w Krukowie został wybrany komendantem. W roku 1956 zostaje Komendantem na Gminę Żarów, przyczynia się do rozwoju OSP w Żarowie i organizuje jednostki na wsiach. W 1975 roku jest wybrany Komendantem OSP MiG w Żarowie. Odznaczony srebrnym i złotym medalem pożarnictwa i srebrnym krzyżem zasługi, odznaką zasłużony dla województwa Wałbrzyskiego i srebrną odznaką w zwalczaniu powodzi.

 

Źródła:
Magazyn Hutniczy, nr 1 (52), 1-15.01.1975 r.

Przygotował 
Bogdan Mucha

© 2015 Żarowska Izba Historyczna

Saturday the 27th. By BlueHost Review and Affiliate Marketing.